Dusza rozpoznaje
Dawno nic nie pisałam na blogu. To dzisiaj więcej. I o ważnym…
Miałam olśnienie. Takie ciche, a jednocześnie mocne — gdzieś pomiędzy snem a jawą, na styku dziwnych światów. Przyszła tam ona. Krucha, powiewna, ledwie już żywa. A jednak piękna. W świetle. Prawdziwa.
Czuję to i wiem. Miłość nie wybiera przez oczy. Nie zatrzymuje się na ciele, wieku, kształcie ani historii człowieka. Ciało się zmienia. Młodość przemija. A piękno? Piękno według świata raz jest „idealne”, raz „niewystarczające”. A przecież są ludzie, których czujemy głębiej niż wygląd. Jakby coś w nas szeptało: „Znam cię od zawsze.”
I wtedy naprawdę nie ma już znaczenia, czy ktoś jest młody czy stary, silny czy kruchy, z długimi czy krótkimi nogami, idealny czy „garbaty”. Nie mają znaczenia płeć, status, maski ani role.
Bo dusza nie zakochuje się w formie.
Dusza rozpoznaje obecność.
Miłość nie dotyczy wyłącznie relacji między dwojgiem ludzi. Jest czymś znacznie pierwotniejszym — subtelną siłą spajającą istnienie, niewidzialną nicią pomiędzy wszystkim, co żywe. Objawia się w obecności matki przy dziecku, ale także w milczeniu drzew stojących od lat w tym samym miejscu. W geście troski. W czułości wobec kruchości świata. W zdolności dostrzeżenia siebie w drugim istnieniu, jak w lustrze.
Może prawdziwa miłość zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje patrzeć na świat jak na zbiór oddzielnych bytów. Gdy znika obsesja podziału: moje — obce, ważne — nieważne, piękne — niepiękne. I pojawia się doświadczenie głębokiego połączenia.
Bo czym właściwie jest miłość, jeśli nie rozpoznaniem wspólnego źródła?
Może dlatego najbardziej „dojrzali” ludzie mają w sobie mniej osądu, a więcej obecności. Mniej potrzeby posiadania, więcej rozumienia, że miłość nie jest emocją skierowaną „do kogoś”, lecz stanem świadomości — sposobem uczestniczenia w życiu.
Nie chodzi wtedy tylko o kochanie człowieka. Chodzi o pewien rodzaj zgody wobec istnienia. O ciche „tak” wypowiedziane światu mimo jego niedoskonałości, przemijania i bólu.
I może właśnie dlatego miłość jest jednocześnie najdelikatniejszą i najpotężniejszą siłą. Bo przekracza ciało, role, definicje, a nawet sam język.
Nie potrzebuje idealnych form. Potrzebuje prawdy obecności.
A kiedy naprawdę jej doświadczamy,
przestajemy być oddzielni.
I zostaje tylko życie rozpoznające siebie w różnych kolorach, w innych formach istnienia.
