Miasto, które już nie jest moim domem

Przeszłość jest miejscem, które warto odwiedzać. Ale nie jest miejscem, w którym warto zamieszkać.

Dzisiaj wróciłam do Przemyśla. Miasta mojej młodości. Miasta, w którym urodziła się Ania i przeżyła pierwsze lata swojego życia. 

To dziwne uczucie wracać do miejsca, które kiedyś było całym światem, a dziś jest już tylko jednym z rozdziałów mojej historii. To także podróż, w której pamięć przechodzi z pokolenia na pokolenie. 

Poszliśmy na starą przemyską nekropolię. To nie jest zwykły cmentarz. Bardziej przypomina małe miasto pamięci. Rodzinne grobowce, niczym te na Cmentarzu Łyczakowskim – kamienne domy dla kilku pokoleń. Te są jednak osobne, młodo zmarły dziadek Hani, pradziadek znany niegdyś przemyski radca prawny, prababcia - sędzina ze swoimi rodzicami.  Hania z Tomkiem zapalali znicze. Ustawiali kwiaty. Wkładali róże w chłodne szczeliny kamiennych grobowców.
 
Patrzyłam na nich i pomyślałam, że pamięć ma swoją własną drogę. Jedni odchodzą. Inni przychodzą. Historie pozostają. I chcemy aby Hania ich dotknęła. 

Potem z tatą weszła na Kopiec Tatarski. Patrzyli na to miasto rozsypane na wzgórzach, w którym wszystko się zaczynało dla Ani. 

A ja? Patrzę na te same stare kamienice, brukowane uliczki, mury, po których kiedyś biegał mój wzrok. Kiedyś był to cały mój świat. Poczułam jakby ktoś zdjął ze mnie ciężki plecak pełen wspomnień. I zobaczyłam to miasto oczami kobiety, którą dopiero stałam się przez wszystkie te lata. Nie tej dziewczyny, która stąd wyjeżdżała. Tej, która wróciła już do siebie. 

Później przyszedł ulewny deszcz. Jakby zmywał żar ostatnich dni. W starym apartamencie, przypominającym wystrojem i klimatem, mieszkania sprzed pół wieku, tuż obok mojego liceum, zasnęłam. 

To nie był zwyczajny sen. Był bardziej podobny do letargu. Jakbym zanurzyła się w ciszy wszystkich ludzi, którzy przede mną chodzili tymi ulicami. Ich życie kiedyś także było całym światem. Mieli swoje marzenia. Miłości i rozstania. Rodziny i samotność. Marzenia i rozczarowania. Lęki i nadzieje. Codzienność i wielkie sukcesy. Byli przekonani, że to wszystko będzie trwało bardzo długo. A dziś zostały po nich fotografie, nazwiska na nagrobkach i wspomnienia. 

Pomyślałam wtedy o czymś bardzo prostym. My także kiedyś staniemy się czyjąś historią. I właśnie dlatego nie warto mieszkać wyłącznie w przeszłości. Przeszłość jest korzeniem. 

Ale drzewo nie rośnie w dół. 

Rośnie ku światłu. 

Dzisiaj w tym innym patrzeniu i czuciu energii mojego miasta, wypłynęła zgoda. Nie na to, co było. Na to, że wszystko mogło się wydarzyć właśnie tak. Bo każda droga, nawet ta najtrudniejsza, przyprowadziła mnie do miejsca, w którym jestem dzisiaj. I chyba po raz pierwszy naprawdę poczułam, że nie muszę już oglądać się za siebie. Nie dlatego, że zapomniałam. Dlatego, że już się pożegnałam. 

Teraz wracam do swojego świata. Do ludzi, którzy są mi życzliwi bliscy. Do marzeń, które wciąż na mnie czekają. Do życia, które nadal jest przede mną. 

Bo są podróże, które prowadzą do nowych miejsc. I są takie, które prowadzą do zakończenia pewnego rozdziału. Myślę, że ta była właśnie jedną z nich. Nie odcinam swoich korzeni. Przeciwnie. Dotykam ich ze spokojem. Ale już nie próbuję w nich żyć. 

Może dojrzewanie polega właśnie na tym, że przeszłość przestaje być miejscem, do którego chcemy wracać, a staje się darem, który przyjmujemy. Nie dlatego, że wszystko było łatwe. Dlatego, że wszystko miało swoje miejsce. Dzisiaj nie wracam już do przeszłości, żeby szukać odpowiedzi. Wróciłam tylko po to, żeby spokojnie zamknąć za sobą drzwi. I pójść dalej…

P.S. 

A wieczorem wydarzyło się jeszcze coś dziwnego. Poszłam do łazienki. Otworzyłam kosmetyczkę. Z ręki wyślizgnął mi się flakon moich ulubionych perfum. Rozbił się na drobne kawałki. 

A potem cały stary apartament, pachnący jeszcze przed chwilą przeszłością i wspomnieniem mojej licealnej stancji, wypełnił się zapachem mandarynki i bazylii. 

Pomyślałam, że może nie wszystko, co się rozbija, jest stratą. Niektóre rzeczy muszą pęknąć, żeby mogły uwolnić swoje najpiękniejsze nuty. 

Perfumy są po to, żeby się ulotnić. Nie można ich zatrzymać w butelce na zawsze. Ich sensem jest zostawić po sobie woń. 

Może z przeszłością jest podobnie. Nie po to jest, żeby ją przechowywać jak zamknięty flakon. Po to, żeby zostawiła w nas to, co najcenniejsze… a potem pozwoliła nam iść dalej.