Alchemia
Prawdziwa alchemia nigdy nie dotyczyła ołowiu i złota. To był język zasłony. Symbol, którym opisywano to, czego nie da się wypowiedzieć wprost. I średniowieczni alchemicy i Paulo Coelho, wiedzieliże materia jest tylko zwierciadłem. Że prawdziwa przemiana dokonuje się wewnątrz człowieka.
Ołów był ciężarem ego. Złoto — urzeczywistnioną jaźnią. Alchemia była drogą duszy przez ogień. A dusza po alchemii? Nie odlatuje. Ona zamieszkuje życie.
Jak ja żyję teraz? Żyję inaczej niż kiedyś. Nie dlatego, że coś postanowiłam.
Po prostu coś we mnie się uspokoiło. Nie budzę się już z pytaniem, co dziś muszę udowodnić światu ani sobie. Budzi mnie raczej oddech. Światło. Cisza, która nie jest pusta.
Żyję wolniej. Z większą zgodą na to, że nie wszystko wymaga reakcji. Nie każda myśl jest prawdą. Nie każde uczucie musi być natychmiast nazwane. Zauważyłam, że mniej walczę. Z czasem. Z losem. Z sobą. Nie oznacza to, że jest łatwo. Oznacza, że jest prawdziwie.
Relacje same się uporządkowały. Niektóre zniknęły. Inne się pogłębiły. Nie trzymam już ludzi z lęku. Nie bywam z poczucia obowiązku. Uczę się być naprawdę. Czasem w ciszy. Czasem w zmęczeniu. Czasem w czułości wobec samej siebie. Jest we mnie więcej miejsca. Na smutek, który przychodzi i odchodzi. Na radość, która nie musi być głośna. Na zwyczajność.
Zrozumiałam, że życie nie chce być ciągle naprawiane. Ono chce być przeżywane. Dziś ufam swojemu rytmowi. Jeśli czegoś nie robię — to znaczy, że jeszcze nie czas. Jeśli coś przychodzi — pozwalam temu przyjść. Nie gonię już sensu. On pojawia się sam, w momentach, których wcześniej pewnie bym nie zauważyła. Tak wygląda moje życie teraz. Bez fajerwerków. Bez obietnic. Ale z głębokim poczuciem, że jestem u siebie.
Są we mnie także miejsca po tych, których nie ma. Nie wypełniam ich już słowami ani wyjaśnieniami. Te miejsca oddychają razem ze mną. Strata nie znika. Zmienia formę. Jest cicha, wtopiona w codzienność, jak nuta, która nie brzmi głośno, ale zmienia cały akord.
Nie próbuję już „wracać” do tego, kim byłam przedtem. To życie się domknęło.
To nowe rodzi się bez pośpiechu, z szacunkiem do tego, co było miłością. Noszę w sobie pamięć, która nie rani przy każdym dotknięciu. Czasem boli. Czasem ogrzewa. Zawsze przypomina, że kochałam naprawdę.
I może właśnie dlatego żyję dziś uważniej. Czulej. Bez złudzeń — ale z otwartym sercem. Bo wiem już, że nic nie jest dane na zawsze, a wszystko, co prawdziwe, zostawia w nas światło.
