Cisza, która mnie znalazła
Nie wiem, kiedy dokładnie to się stało. Nie umiem wskazać dnia, godziny, chwili. Ale po słowach, które spisałam z Anią… po rozmowach, które przyszły jak światło przebijające śnieg… coś we mnie ucichło.
Nie taką ciszą, która boli. Nie tą, która ciąży na piersi jak kamień. To inna cisza. Cisza, która przychodzi z zaufaniem.
Jak zimowy las, w którym wszystko jest na swoim miejscu, choć nic się nie odzywa. Jak płatki śniegu, które spadają tak delikatnie, że nawet nie słychać ich dotyku. Jak oddech, który nie musi już walczyć o rytm.
Patrzę na swoje kroki w śniegu — te, które już postawiłam. Za mną. I te, których jeszcze nie ma. Przede mną.
I po raz pierwszy od dawna czuję, że mogę iść dalej. Nie dlatego, że zapomniałam. Ale dlatego, że w ciszy zobaczyłam, że nie idę sama.
Bo cisza nie jest pustką. Cisza jest przestrzenią, w której można usłyszeć Duszę. Swoją. Jej. Tych, których kocham.
To nie jest koniec żałoby. To nie jest koniec rozmowy. To jest początek pokoju, który przyszedł jak łagodny śnieg — bez zapowiedzi, bez hałasu, po prostu usiadł na moich ramionach i powiedział:
Odpocznij.
Jestem z Tobą.
Świat Cię nie goni.
Idź tak, jak potrafisz.
I kochaj — teraz.
