Snowdonia
Krótki urlop na przełomie roku w Anglii. Znany mi Liverpool oraz rozświetlony sylwestrowo Blackpool — gwar turystów, szeroka plaża i spektakularny odpływ zimnych, niespokojnych wód Morza Irlandzkiego.
Nie planowałam wielkich zachwytów, a jednak to Walia zapisała się we mnie najciszej i jednocześnie najmocniej. Najbardziej urzekło mnie Llanberis — niewielka miejscowość, która nie próbuje niczego udawać. I właśnie w tej prostocie tkwi jej niezwykłość. W turkusowej poświacie krajobrazu pojawiło się nawet zaskakujące podobieństwo do obrazów odległej Nowej Zelandii.
Llanberis jest otoczone górami i zanurzone w ciszy, w której słychać więcej niż słowa. Nie ma tu pośpiechu ani nadmiaru atrakcji. Jest za to przestrzeń na przenikanie kolorów — nieba i wody, zielonego oddechu skał porośniętych bluszczem. Wszystko wydaje się naturalnie zsynchronizowane. To miejsce ma w sobie coś majestatycznego, a jednocześnie głęboko uspokajającego. Przypomina, że nie trzeba niczego dodawać do życia, by było pełne.
W zmieniającej się co milę Snowdonii łatwo zauważyć, jak niewiele potrzeba, by poczuć się częścią większej całości — tej samej, która obejmuje góry, jeziora i magię światła. A górskie drogi? Czysta adrenalina. Wąskie, kręte, z często skalistymi poboczami niemal dotykającymi karoserii. Wymagają pełnej uważności i obecności. Nie pozwalają na jazdę „na skróty” ani na życie w trybie automatycznym. Zmuszają do zwolnienia i zaufania — sobie, drodze i temu, co przychodzi.
Były też plaże — szczególnie Benar. Dzika i szeroka, z wiatrem, który skutecznie robi porządek w głowie. Stojąc tam, trudno myśleć o sobie w oderwaniu od świata. Człowiek staje się raczej fragmentem krajobrazu niż jego obserwatorem, zwłaszcza o zachodzie słońca.
A w nocnej drodze powrotnej dopełniła wszystko jeszcze jedna magia — pierwsza pełnia 2026 roku.
Ten wyjazd nie przyniósł wielkich odpowiedzi. Raczej ciche przypomnienie, że jestem częścią tego samego życia, które płynie przez miejsca, ludzi i chwile. Bez oddzielenia. Bez potrzeby wyjaśnień.
I może właśnie to jest klamra tego doświadczenia: nie trzeba jechać daleko, żeby poczuć bliskość ze światem — wystarczy pozwolić mu być dokładnie takim, jaki jest.
Nie robiłam zdjęć — i tak nie oddałyby klimatu tego miejsca. Zapraszam za to na mój trochę już zaniedbany kanał YT i mini vlog:
https://youtube.com/shorts/mBMLVrGxrI8?si=JIjoTTCPURlrqtiX
A tak na marginesie… tęsknię już za moim skrawkiem swojskiej ziemi.
